oddam kota, oddam psa - adopcja kota, adopcja psa, adopcja kotów, adopcja psów, koty do adopcji, psy do adopcji Psy do adopcji na tej stronie są ogłaszanie przez schroniska i osoby prywatne.
Adopcja psa to poważna decyzja i zanim podejmiesz decyzję dokładnie ją przemyśl.
Oddam psa - zanim podejmiesz taką decyzję spójrz mu w oczy i zastanów się.
nowe konto zaloguj
reklama konto pomoc artykuły forum kontakt
 
wróć
 
Forum: Po adopcji     temat: Adoptowałam wulkan energii - czyli jak w kilka chwil zmieniło się moje życie
Małgorzata R.
6-10-2008 o 20:09

2
06-10-2008
Zapadła decyzja. Bierzemy drugiego psa. Zupełnie jasne było, że nie jakiegoś szczeniaka z rodowodem z uznanej hodowli, tylko znajdkę takiego jak Dżeki z którym pożegnaliśmy się miesiąc temu, albo ze schroniska jak nasza Sara. No ale to dopiero początek. Ogłoszenia w gazecie jakoś niespecjalnie są atrakcyjne, bo za krótkie, bo bez zdjęcia, bo... Więc internet – jakieś portale adopcyjne. No i „pełen wypas” potem mała selekcja i jest odpowiedni. Zdjęcia i krótkie opisy. Więc czas na ustalenia. A więc pies – bo mamy suczkę, dość duży bo poprzedni był duży, bo mamy ogród i warunki a poza tym, bo tak, młody, najlepiej 1 – 2 lata, no i podobny do poprzedniego – a tu już był problem bo takich o umaszczeniu „wilczastym” jest niewiele. No i ja jestem pewna – to musi być żywiołowa istota. W tym momencie gdzieś tam w głębi duszy odezwało się małe piknięcie, ale jakieś takie mało konkretne było i niewyraźne. Po przejrzeniu wszystkich ogłoszeń o psiakach do adopcji z województwa wybrałam 6 do rodzinnych konsultacji. Wybraliśmy dwa ... czarnulki, Lucka i Vito z umaszczenia jak najbardziej niepodobne do naszego. Dzwonimy krótka rozmowa i decyzja którą w sumie podjęliśmy już wcześniej, następnego dnia, czyli w poniedziałek jedziemy na Paluch po Vito.
A tam psiak, energiczny taki, że podczas procedury adopcyjnej nawet sekundy nie ustał spokojnie (tu był drugi pik w duszy całkowicie zlekceważony). A potem jak już dotarliśmy do domu, co on zaczął wyczyniać, tego się nie da opisać. Wpadł na nasz bardzo rzadko koszony trawnik i postanowił zapewne dokonać samodzielnego koszenia bo w pełnym biegu chwytał pełnym pyskiem trawę (która mu przekomicznie zwisała z mordki) i rzecz jasna w dalszym ciągu w biegu pożywiał się nią. A co, dobra, soczysta trawa, pełna różnych zdrowych elementów, krówki jedzą to on też. A to był dopiero początek. Potem wszędzie go było pełno (i jest nadal). No i nie chce zostawać sam, za nic na świecie. U nas psy mają swoje miejsce na werandzie, no i na dzień dobry pojawił się problem, bo jak po ciężkich bojach zamknęliśmy drzwi to zaczął je zjadać, metodycznie. Po krótkiej naradzie uznaliśmy że naukę niejedzenia drzwi zaczniemy od dnia następnego a ten wieczór a potem noc spędzi w skórzanym kagańcu. Ku naszemu zdumieniu po wieczornym a potem kolejnym nocnym pobycie na werandzie w kagańcu, nasz nowy, narwany domownik pojął w czym rzecz – drzwi się nie jada. I choć wciąż jeszcze nieco walczymy o pozostawanie po dwóch różnych stronach zamkniętych drzwi, nie są one więcej niszczone. A następnego dnia podjęliśmy decyzję o zmianie imienia tym bardziej, iż na adopcyjne Vito niespecjalnie reagował. No więc rozbrykany i szczęśliwy czarnulek został nazwany Laki (tak w zgodzie z ustawą o ochronie języka polskiego). A jeszcze pierwszego wieczoru gdy po ciężkich bojach został po raz pierwszy w kagańcu na werandzie przypomniało mi się coś co miałam przemyśleć przy braniu sobie kolejnego rozkosznego rozrabiaki. Mianowicie miałam sobie przypomnieć jak to było z Dżekiem zanim z wiekiem stał się psem statecznym. Czyli, że to jest orka na ugorze na pełen etat. No bo tak, ja sobie siedzę i skrobię a Laki właśnie ukradł mi kapcia i wyraźnie oczekuje że polecę zaraz mu go odebrać i będzie dzika gonitwa po mieszkaniu (jeśli tego nie zrobię, zaraz zwędzi mi następnego albo coś innego co znajdzie się w zasięgu jego zębów i w końcu i tak za nim pobiegnę). Wspaniałą rozrywką jest też chwytanie kończyn, ubrania i generalnie wszystkiego, czyli zwyczajne podgryzanie, i niestety nie trafia do niego że powinien przestać. Zdaje się że wychodzi z założenia że skoro żadnej z gróźb nie jestem wstanie ze śmiechu wypowiedzieć groźnym tonem to co on ma się przejmować. Kolejny skaczący na ludzi przypadek poprzedni oduczałam około 8 miesięcy, a ten opierający się łapami o ludzia rozrabiaka gotów zimą przypieczętować wszystkimi 4 łapami kurtkę (przy schodach wejściowych mamy taki fantastyczny murek z którego jest się wyższym niż najwyższy z domowników i po twarzy można polizać i po włosach i na plecy wskoczyć, no jest super z psiej perspektywy). Czyli jest taki jakiego chcieliśmy wesoły skory do zabawy i bardzo interaktywny. A że ma nadmiar energii, to i dobrze od kiedy jest z nami zwiększyła się dobowa dawka ruchu i śmiechu. A przy całej swojej rozbawionej osobowości potrafi być słodziutki np. na kolanka chce wchodzić do głaskania. No i oczywiście żeby nie było - potrafi zachowywać się całkiem spokojnie, ale wystarczy byle pretekst by zacząć wariacje od nowa.

A teraz podsumowanie:
Więcej się ruszam, więcej śmieję, wszystko chowam (ukradł mi książkę, odłożoną na chwilkę obok łóżka, zapewne w zamiarze czytelniczym), będę częściej prać kurtkę, nie ma szansy by mi się nudziło, będę musiała zadbać wreszcie o ten trawnik, chodzę na długie spacery, mam podrapane ręce, będę częściej prać „domowy sweter” (fajnie jest obślinić ludziowi rękawy), i wiele innych.
Tak więc jesteśmy zadowoleni z wyboru. Kolejny zwierzak znalazł dom a my domownika.
Więc jeśli ktoś się waha czy wziąć psa ze schroniska czy nie, mogę ze spokojem powiedzieć – tak. Trzeba tylko wiedzieć jaką osobowość ma mieć pies i czy przy energicznym psie będzie się miało wystarczająco dużo czasu dla niego, a potem nie bać się wypytywać o szczegóły. To już nasz trzeci przygarnięty pies i sądzę że za jakieś 2 – 3 tygodnie będzie się czuł całkowicie nasz a my będziemy całkowicie jego, tym bardziej że już teraz zaczyna poczuwać się do roli i od czasu do czasu obszczekuje obcych.

A i jeszcze na koniec, jak w piątek patrzyłam, to Lucek którego także braliśmy pod uwagę też znalazł dom.
momik
23-10-2008 o 12:59

2
23-10-2008
Małgosiu
Mam na imie Monika i troche amatorsko szkole psy ,moge pomóc ułożyc psa.Napisz:
-w jakim jest wieku
-jakiej rasy
-gdzie mieszkasz
pomoge ci na ile bede mogla.
Podaje telefon do mnie 722-055-730
POZDRAWIAM
Zawierucha
Małgorzata R.
30-10-2008 o 01:18

2
06-10-2008
Dziękuję za propozycję pomocy, bowiem z pewnością będzie mi potrzebna. Ja już zwyczajnie trochę zapomniałam jak to jest z takim energicznym psem, no i każdy jest inny. Z poprzednim były nieco inne problemy, miał nieco inny charakter, więc zwyczajnie brakuje mi jakichś analogii. A podręczniki, no cóż jakoś nie jest tam napisane, co robić jak dane metody nie działają. Ja w prawdzie kombinuje, co by tu... ale on też kombinuje jak by tu... mnie przechytrzyć.

A teraz raczej długie spostrzeżenia.
To było do przewidzenia, że jak ja będę wybierała psa, to nie będzie to spokojne niekłopotliwe stworzonko – ale tym razem przeszłam samą siebie. Tak mu chochlikowato z oczu patrzyło, no i się doigrałam. Laki jest z nami już miesiąc (31 X) więc zdążyliśmy się już nieco poznać. Jak go braliśmy to sobie myślałam, że to taki „zwykły” około 1.5 roczny, rozbrykany czarny ON-ek, ale tak mi coś po głowie chodziło ze takie czarne ON-ki to się nazywają owczarek belgijski. Po przyjrzeniu się wzorcowi rasy i krótkiej analizie ustaliłam, że mój „kundelek” wygląda jak Belg a co gorsza zachowuje się dokładnie jak Belg (na dokładkę nie do końca dobrze wychowany). No cóż nigdy nie myślałam, że będę miała psa takiej rasy to i skąd miałam wiedzieć, że są to nadaktywne, inteligentne diabełki. Tak więc jest z nim mnóstwo zabawy – na szczęście jego zachowania poza nielicznymi wyjątkami są raczej zabawne, choć czasem przeszkadzają, np. pysio chętnie pomaga we wszelkich pracach ogrodowych a na podstawie obserwacji ustaliliśmy, iż jest to szkodnik z rodziny kopaczowatych. Tyle tego dobrego, że dołki są raczej niewielkie a dodatkowo jeśli z jakiegoś powodu uzna, że warto potrafi je zakopać tak, że nawet ślad nie zostaje (tak zaginęły bez wieści - około 40 cm kość prasowana dla psa i piłka tenisowa). Rozrabiaka urządza takie gonitwy po ogrodzie, że z paniką w oczach patrzę czy aby na pewno da radę wyhamować przed ogrodzeniem. No i niestety, co było w sumie do przewidzenia, coś sobie zrobił w łapę, więc wizyta u weterynarza jakiś środek i zalecenie – pies ma bezwzględnie nie biegać, nie skakać, na spacer na siusiu i do domu... Taaak. Łatwo było wysłuchać i nawet pierwszego dnia pewnie na skutek „histerii lecznicowej” zastosować, ale potem już było tylko gorzej. Tak więc siedział w domu i nie biegał (po ogrodzie, bo w domu przy byle okazji świrował) a siedzenie w domu jest nudne, więc czarnulek z chochlikami w oczach łaził po mieszkaniu i kombinował co by tu spsocić. Ujmę to tak, musiałam się wspiąć na wyżyny stanowczości żeby nie tarzać się ze śmiechu, bo widok za każdym razem jest przekomiczny. Włazi w każdą dziurę i próbuje czy tym razem może ludź nie zauważy albo nie zdąży krzyknąć N I E ! ! ! bo jeśli tak to, bądź błyskawiczny chwyt i ucieczka, lub też takie niczego sobie niewinne i delikatne zwędzenie czegoś a dalej już w drzwiach stanie i z wyczekiwaniem na pysku patrzy czy już widzę a potem oczywiście ucieczka. No i tylko problem, bo ludź nie angażuje się jak należy i nie goni. Ale i tak najfajniej, że dało się ukraść. Dobrze, że diabelec nie niszczy, ale i tak wystarczy obślinienie no i na szczęście bardzo ładnie dość długo sam bawi się zabawkami w miarę ich nie niszcząc i oczywiście piłeczką – co przyznam szczerze utrzymuje mnie przy zdrowych zmysłach. Jednakże ze wszystkiego najlepsza i najfajniejsza jest solidna dawka biegania – po takiej atrakcji pies jest szczęśliwy i najsłodszy na świecie, nie szuka sobie guza a przy tym, co jest fascynujące w dalszym ciągu błyskawicznie reaguje i chętnie się bawi. A to, co z mojego punktu widzenia w takich momentach jest naj – to że robi się z niego wtedy wielka czarna kudłata przytulanka (jak się nie wymęczy także jest wielką czarną kudłatą przytulanką z tym że z pewnym felerem – obgryza ręce – niby nie mocno, ale czasem siniaka zrobi no i te obślinione rękawy). Inną cechą która bawi ale i czasem irytuje (szczególnie jak mi się śpieszy) to jego ciekawość a raczej ciekawskość. Wszystko go interesuje - co robię, czemu pod biurko weszłam i co tam robię, co mam w szafce, w torbie, co tak pyka, szeleści i czy to się da zjeść, co się dzieje za oknem, jak spodnie wyglądają od środka i czy przeciętny pies może je włożyć przez głowę, co za pudełko trzymam w ręku i dlaczego to nie jest zabawka dla niego, no zwyczajnie wszystko.
Właściwie chwile spokoju mam jedynie gdy tak jak teraz śpi, ale za nic na świecie bym go teraz nie zamieniła na żadnego innego (ewentualnie mogłabym mieć jeszcze jednego).
A tu w galerii jest jego podobizna link